Moją ulubioną sportsmenką jest Maria Walliser, szwajcarska narciarka alpejska, która największe sukcesy odnosiła w latach 80. ubiegłego wieku.
To dla niej zarywałem noce, żeby oglądać jej starty w igrzyskach olimpijskich w Calgary czy mistrzostwach świata w Vail. To w niej się kochałem — na zmianę z Kim Wilde. To przez nią płakałem, kiedy w Sarajewie o pięć setnych sekundy przegrała złoty medal olimpijski. I to z jej powodu zacząłem się uczyć niemieckiego.
Miałem też do niej pretensje.
Kiedy była jeszcze u szczytu możliwości, zakończyła karierę. Miała zaledwie 26 lat. Chciała założyć rodzinę.
Jak mogła?
Przecież była w stanie jeszcze wygrywać. Zdobywać medale. Puchary. Dawać mi, jej kibicowi, kolejne powody do radości.
Tyle że Maria Walliser nie żyła dla mnie.
Ani dla innych kibiców. Ani dla sponsorów. Ani dla działaczy. Wybrała własne życie, aby zrealizować swoje największe marzenie.
Rok po zakończeniu kariery urodziła córkę Siri, która przyszła na świat z rozszczepem kręgosłupa. Życie, o którym marzyła, okazało się zupełnie inne, niż zapewne je sobie wyobrażała.
Maria nigdy nie udawała, że było łatwo. Mówiła o wyzwaniach, emocjach i trudach codziennego życia.
I jest w tej historii pytanie, które chyba każdy z nas w trudnych chwilach choć raz sobie zadał:
Dlaczego ja?
A jednak to właśnie historia Marii Walliser po latach nauczyła mnie czegoś znacznie ważniejszego niż sport.
Życie trzeba przeżyć po swojemu.
Nie tak, jak chcą kibice. Sponsorzy. Koledzy. Przełożeni. Rodzice. Ani ktokolwiek inny.
Jako młody chłopak miałem do Marii pretensję, że zabrała mi kolejne lata emocji przed telewizorem.
Dzisiaj wiem, że zrobiła coś znacznie trudniejszego niż zjazd z alpejskiej góry z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę.
Miała odwagę wybrać własne życie.
I właśnie dlatego mimo upływu tylu lat Maria Walliser jest nadal moją ulubioną sportsmenką.
Przeczytaj także: Może jestem romantykiem sportu.

