Kiedyś sport potrafił zatrzymać dla mnie noc. Czekałem na mecze i wielkie turnieje z poczuciem, że za chwilę wydarzy się coś, czego nie da się zaplanować ani kupić.
Dziś coraz częściej patrzę na sport i mam wrażenie, że gdzieś po drodze zgubiono jego sens.
Wychowałem się w przekonaniu, że wartości są coś warte wtedy, kiedy trzeba za nie zapłacić — pieniędzmi, popularnością albo niewykorzystaną okazją. Dziś często obowiązują tylko do chwili, w której pojawia się korzystny kontrakt.
Niedawno skończył się kolejny Mundial. Były pełne stadiony, miliony widzów, sponsorzy i ogromne pieniądze płynące do organizatorów oraz FIFA.
Były też dodatkowe przerwy w każdej połowie meczu. Oficjalnie dla zdrowia zawodników. Patrząc na liczbę reklam, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że ktoś w końcu znalazł sposób na to, aby mecz piłkarski podzielić na cztery części i stworzyć dodatkową przestrzeń dla reklamodawców.
Mnie — człowieka, który przez lata zarywał noce, wierząc, że podczas wielkich turniejów sport pokazuje swoją najpiękniejszą twarz — taki Mundial już nie pociąga.
Być może zmieniłem się ja.
A może zmienił się sport i ludzie z nim związani.
Znany dziennikarz sportowy publicznie opowiadał o depresji i terapii. Dziś reklamuje piwo.
Nie twierdzę, że alkohol wywołuje depresję u każdego. Ale u człowieka, który już choruje, może pogłębiać obniżenie nastroju, nasilać lęk i utrudniać leczenie. Ktoś, kto sam przeszedł przez depresję, powinien wiedzieć o tym szczególnie dobrze.
Były bramkarz reprezentacji Polski i Liverpoolu został ambasadorem firmy bukmacherskiej. Jako czynny piłkarz w Anglii nie mógł obstawiać meczów. Po zakończeniu kariery może już swoją twarzą zachęcać innych do korzystania z usług bukmachera.
Wszystko jest zgodne z prawem.
Tylko mnie nie interesuje wyłącznie prawo.
Interesuje mnie wiarygodność.
I trudno mi nazwać takie zachowania inaczej niż hipokryzją.
Bo jeśli publicznie mówisz o określonych wartościach, własnych doświadczeniach i odpowiedzialności, to nie możesz udawać, że wszystko przestaje mieć znaczenie w chwili, gdy na stole pojawia się odpowiednio wysoki kontrakt.
Czy doświadczenie depresji przestaje mieć znaczenie, gdy pojawia się reklama alkoholu?
Czy wartości związane z uczciwością sportu kończą się wraz z ostatnim meczem kariery?
Czy troska o zdrowie piłkarzy nie staje się szczególnie atrakcyjna, kiedy w czasie dodatkowej przerwy można sprzedać kolejną reklamę?
A potem patrzę na Maję Chwalińską.
Widzę, jak przegrywa z powodu kontuzji, ale nie chce się poddać. Gra, choć ciało odmawia posłuszeństwa. Po porażce mówi, że sobie trochę popłacze i będzie walczyć dalej.

I ja też mam łzy w oczach.
Bo właśnie wtedy przypominam sobie, dlaczego pokochałem sport.
Nie dla kontraktów.
Nie dla reklam.
Nie dla zarabiania na emocjach kibiców.
Dla człowieka.
Dla jego słabości, odwagi i walki, która nie zawsze kończy się zwycięstwem.
Może jestem romantykiem sportu.
Ale chciałbym, żeby to, co ludzie publicznie mówią, miało jeszcze jakiś związek z tym, co później robią.
I nie mam tu na myśli tylko sportu.
Bo wartości, za które nigdy nie trzeba zapłacić, nie są wartościami.
Są jedynie elementem wizerunku.

