Sport

Może jestem romantykiem sportu

Kiedyś sport potrafił zatrzymać dla mnie noc. Dziś coraz częściej patrzę na sport i mam wrażenie, że gdzieś po drodze zgubiono jego sens.

Maja Chwalińska podczas meczu na Roland Garros 2026
Fot. Marcin Cholewinski / ZUMA Press Wire / Alamy Stock Photo

Kiedyś sport potrafił zatrzymać dla mnie noc. Czekałem na mecze i wielkie turnieje z poczuciem, że za chwilę wydarzy się coś, czego nie da się zaplanować ani kupić.

Dziś coraz częściej patrzę na sport i mam wrażenie, że gdzieś po drodze zgubiono jego sens.

Wychowałem się w przekonaniu, że wartości są coś warte wtedy, kiedy trzeba za nie zapłacić — pieniędzmi, popularnością albo niewykorzystaną okazją. Dziś często obowiązują tylko do chwili, w której pojawia się korzystny kontrakt.

Niedawno skończył się kolejny Mundial. Były pełne stadiony, miliony widzów, sponsorzy i ogromne pieniądze płynące do organizatorów oraz FIFA.

Były też dodatkowe przerwy w każdej połowie meczu. Oficjalnie dla zdrowia zawodników. Patrząc na liczbę reklam, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że ktoś w końcu znalazł sposób na to, aby mecz piłkarski podzielić na cztery części i stworzyć dodatkową przestrzeń dla reklamodawców.

Mnie — człowieka, który przez lata zarywał noce, wierząc, że podczas wielkich turniejów sport pokazuje swoją najpiękniejszą twarz — taki Mundial już nie pociąga.

Być może zmieniłem się ja.

A może zmienił się sport i ludzie z nim związani.

Znany dziennikarz sportowy publicznie opowiadał o depresji i terapii. Dziś reklamuje piwo.

Nie twierdzę, że alkohol wywołuje depresję u każdego. Ale u człowieka, który już choruje, może pogłębiać obniżenie nastroju, nasilać lęk i utrudniać leczenie. Ktoś, kto sam przeszedł przez depresję, powinien wiedzieć o tym szczególnie dobrze.

Były bramkarz reprezentacji Polski i Liverpoolu został ambasadorem firmy bukmacherskiej. Jako czynny piłkarz w Anglii nie mógł obstawiać meczów. Po zakończeniu kariery może już swoją twarzą zachęcać innych do korzystania z usług bukmachera.

Wszystko jest zgodne z prawem.

Tylko mnie nie interesuje wyłącznie prawo.

Interesuje mnie wiarygodność.

I trudno mi nazwać takie zachowania inaczej niż hipokryzją.

Bo jeśli publicznie mówisz o określonych wartościach, własnych doświadczeniach i odpowiedzialności, to nie możesz udawać, że wszystko przestaje mieć znaczenie w chwili, gdy na stole pojawia się odpowiednio wysoki kontrakt.

Czy doświadczenie depresji przestaje mieć znaczenie, gdy pojawia się reklama alkoholu?

Czy wartości związane z uczciwością sportu kończą się wraz z ostatnim meczem kariery?

Czy troska o zdrowie piłkarzy nie staje się szczególnie atrakcyjna, kiedy w czasie dodatkowej przerwy można sprzedać kolejną reklamę?

A potem patrzę na Maję Chwalińską.

Widzę, jak przegrywa z powodu kontuzji, ale nie chce się poddać. Gra, choć ciało odmawia posłuszeństwa. Po porażce mówi, że sobie trochę popłacze i będzie walczyć dalej.

Maja Chwalińska podczas Roland Garros 2026
Maja Chwalińska podczas Roland Garros 2026. Fot. Laurent Zabulon / ABACAPRESS.COM / Alamy Live News.

I ja też mam łzy w oczach.

Bo właśnie wtedy przypominam sobie, dlaczego pokochałem sport.

Nie dla kontraktów.

Nie dla reklam.

Nie dla zarabiania na emocjach kibiców.

Dla człowieka.

Dla jego słabości, odwagi i walki, która nie zawsze kończy się zwycięstwem.

Może jestem romantykiem sportu.

Ale chciałbym, żeby to, co ludzie publicznie mówią, miało jeszcze jakiś związek z tym, co później robią.

I nie mam tu na myśli tylko sportu.

Bo wartości, za które nigdy nie trzeba zapłacić, nie są wartościami.

Są jedynie elementem wizerunku.