Sport

Nie zawsze dostaniesz drugą szansę

Czasem słyszymy, że jeszcze będziemy mieli swoją szansę. Historia Moniki Seles i finału Wimbledonu z 1992 roku przypomina, że życie nie zawsze daje drugą możliwość.

Monica Seles podczas meczu na korcie trawiastym

Sportowcy często mówią pokonanemu przeciwnikowi:

„Masz czas.”

„Jeszcze wygrasz swoje.”

„Twój moment przyjdzie.”

Brzmi dobrze.

Tyle że wcale nie musi być prawdą.

W latach mojej młodości Monica Seles była moją ulubioną tenisistką. Nadal zresztą jest. W dniu finału Wimbledonu w 1992 roku miała zaledwie 18 lat, była numerem jeden na świecie i praktycznie nie przegrywała. W ciągu niespełna roku poprzedzającego finał Wimbledonu 1992 wygrała 78 meczów, przegrywając zaledwie 4.

W finale Wimbledonu zmierzyła się ze Steffi Graf, którą kilka tygodni wcześniej pokonała w finale paryskiego Rolanda Garrosa.

Byłem wtedy w Anglii i pamiętam nagłówki w tamtejszych gazetach dotyczące Moniki i odgłosów, które wydawała podczas uderzania piłki. Dla mnie były obrzydliwe. Tym bardziej że dotyczyły osiemnastoletniej dziewczyny, a sposób, w jaki grała, nie był przecież zabroniony przepisami.

Presja zrobiła jednak swoje.

Seles zagrała w finale, tłumiąc charakterystyczne odgłosy, które były naturalną częścią jej gry. Przegrała z Graf 2:6, 1:6.

Monica Seles i Steffi Graf przy siatce po finale Wimbledonu 1992

Po latach sama wróciła do tego meczu w swojej książce „Getting a Grip”. Napisała o bolesnej lekcji, jaką wtedy dostała: próba zadowolenia wszystkich może sprawić, że przestajemy zadowalać jedyną osobę, z którą naprawdę musimy później żyć — siebie.

Najbardziej uderza mnie jednak coś innego.

Seles nie żałowała tego, że przegrała.

Żałowała, że nie była wtedy sobą, bo chciała zadowolić innych.

Bo przegrać można.

Można trafić na przeciwnika, który tego dnia jest lepszy. Można zrobić wszystko, co się potrafi, i mimo to zejść z kortu pokonanym.

Z tym można żyć.

Znacznie trudniej żyje się ze świadomością, że w najważniejszym momencie zrezygnowaliśmy z części siebie, bo chcieliśmy zadowolić innych.

Ktoś mógłby wtedy powiedzieć Monice:

„Masz dopiero osiemnaście lat. Jeszcze nieraz zagrasz w finale Wimbledonu.”

Tyle że nigdy więcej w nim nie zagrała.

30 kwietnia 1993 roku, niespełna rok później, podczas meczu w Hamburgu została zaatakowana i zraniona nożem przez fanatycznego kibica Steffi Graf. Miała zaledwie 19 lat.

Ponad dwa lata później Monica wróciła do zawodowego tenisa. Wygrała jeszcze Australian Open i wiele innych meczów. Ale nigdy już nie odzyskała dominacji, którą miała przed zamachem.

A finał Wimbledonu z 1992 roku pozostał jej jedynym.

Dlatego mam problem ze zdaniem, które tak często słyszymy w sporcie:

„Spokojnie. Będziesz miał jeszcze swoją szansę.”

Może będziesz.

A może nie.

Los nie podpisuje z nami żadnej umowy. Nie obiecuje, że jeśli dziś czegoś nie zrobimy, jutro dostaniemy kolejną możliwość.

I to nie jest tylko historia o sporcie.

Na korcie brak odwagi, żeby być sobą, może kosztować przegrany mecz albo stracony finał.

W życiu cena może być znacznie wyższa.

Można latami podejmować decyzje pod cudze oczekiwania, próbować zadowalać innych, tłumić własne potrzeby i coraz bardziej oddalać się od siebie.

Dlatego bycie sobą nie jest dla mnie pustym hasłem.

To sposób, żeby kiedyś nie obudzić się z poczuciem, że przeżyło się nie swoje życie.

Dlatego liczy się ten mecz.

Ta rozmowa.

Ta decyzja.

Ta chwila.

Nie chodzi o to, żeby zawsze wygrać.

Chodzi o to, żeby niezależnie od wyniku móc później powiedzieć: zrobiłem to po swojemu. Byłem sobą.

Bo możesz dostać drugą szansę.

Ale nikt ci jej nie obiecał.