Niedawno po latach obejrzałem film 28 dni z Sandrą Bullock. Tytułowe 28 dni to czas pierwszej terapii głównej bohaterki. Film kończy się dość jednoznacznie: terapia dobiega końca, bohaterka rozstaje się z toksycznym partnerem i wychodzi z ośrodka z zamiarem dalszego życia w trzeźwości. Można odnieść wrażenie, że najważniejsze już za nią.
Tyle że w moim przypadku to tak nie wyglądało.
Sam przeszedłem wiele terapii. Na niektórych z nich oglądaliśmy także filmy. Jednym z nich było właśnie 28 dni. Innym – Korkociąg Marka Piwowskiego, krótki dokument z 1971 roku pokazujący ludzi znajdujących się w różnych stadiach choroby alkoholowej: psychozie alkoholowej, delirium tremens czy padaczce alkoholowej.
Pamiętam, że ten film mną wstrząsnął. W książce Obudzony z niebytu opisałem tamten moment dość dokładnie. Mówiłem wtedy terapeutom, że pokazanie zbliżenia twarzy intubowanego mężczyzny podczas ataku padaczki alkoholowej było dla mnie przekroczeniem granicy. Miałem poczucie, że narusza godność tego człowieka.
Powiedziałem też, że ja przynajmniej nie życzyłbym sobie, aby oglądano mnie, gdy opowiadam lekarzom, jak to kupiłem od dwóch Mulatów trzy węże za dwadzieścia złotych i dostałem w promocji słoik mrówek.
Dodałem wtedy, że nie wiem zresztą, czy było to takie terapeutyczne, skoro część osób zaczęła się śmiać. Dziś sam widzę w tym coś tragikomicznego. Z jednej strony delirium i kompletne oderwanie od rzeczywistości, z drugiej absurd, który po latach brzmi niemal jak scena z czarnej komedii.
Nie spotkało się to z pełnym zrozumieniem. Usłyszałem mniej więcej tyle, że to terapeuci wiedzą lepiej, co jest dla nas dobre.
I właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że terapia sama w sobie niczego nie załatwia. Nie stałem się momentalnie „nową wersją siebie”. Były za to bunt, opór, wstyd, złość, nieufność, kolejne próby rzucania nałogu i następne terapie.
Moje zdrowienie nie zamknęło się w 28 dniach. To był wieloletni proces, pełen potknięć, nawrotów i chwil zwątpienia.
Dlatego kiedy dziś oglądam 28 dni, nie mam pretensji do filmu, że kończy się tam, gdzie się kończy. Film pokazuje pewien wycinek drogi. Problem pojawia się wtedy, kiedy ktoś może uwierzyć, że wystarczy odbyć terapię, wyjść z ośrodka, przestać pić i wszystko już będzie dobrze.
U mnie tak nie było.
Mogłem wyjść z terapii trzeźwy.
Ale to nie znaczyło jeszcze, że umiałem żyć trzeźwo.
Tego musiałem dopiero się nauczyć.
Powoli.
Czasem boleśnie.
Czasem kilka razy od początku.
Dziś patrzę na terapię inaczej niż kiedyś. Nie jak na rozwiązanie, lecz bardziej jak na początek drogi.
Bo film może się skończyć na 28 dniach. Ale życie trwa dalej.

