Nie lubię sloganów. Zwłaszcza gdy są bezmyślnie klepane na okrągło.
„Co nas nie zabije, to nas wzmocni” — to zdanie jest powtarzane tak często, jakby każde cierpienie automatycznie czyniło człowieka silniejszym.
Tymczasem Nietzsche napisał:
„Ze szkoły wojennej życia. — Co mnie nie zabija, czyni mnie silniejszym”.
Nie „nas”. Mnie.
To ważna różnica. Bo to, co nie zabija, czasem rzeczywiście wzmacnia. Ale może też pozostawić człowieka osłabionego, poranionego i bardziej podatnego na kolejne zagrożenia.
W „Obudzonym z niebytu” porównałem to do złamanej kości. W miejscu, w którym została uszkodzona, organizm buduje dodatkową tkankę, jakby chciał zabezpieczyć ranę przed powtórką. Kość zrasta się tam grubsza i mocniejsza niż wcześniej. Ale tylko tam. Po obu stronach tego miejsca pozostaje taka sama jak przed urazem — nadal podatna na pęknięcie.
Przeżycie jednego złamania nie czyni więc całego człowieka niezniszczalnym i nie daje mu odporności na kolejne złamania.
Tak samo jest z demonami.
Jak napisałem w książce:
„Na jedne stajesz się bardziej odporny, ale z łatwością mogą dopaść cię inne, jeżeli uwierzysz, że dzięki pokonaniu jednego demona jesteś uodporniony na pozostałe”.
Pokonanie jednego kryzysu nie daje nieśmiertelności. Każdy ma swoje słabe miejsce.
Nawet niezwyciężony Achilles miał swoją piętę.

